Nie zawsze łatwe wybory


Opowiem Wam o mojej karierze wyborcy.

Rozpoczęła się z przytupem. Prawo do głosowania uzyskałem tuż przed maturą, na początku 1988 roku, więc inicjację mogłem przejść już w czerwcu, gdy naród po raz ostatni wybierał członków rad narodowych. Ale pojawił się dylemat: iść czy nie iść? Z jednej strony naciskali rodzice, którym nie mieściło się w głowach, że można zignorować wybory (no i „za chwilę masz egzaminy na studia, chcesz sobie zaszkodzić?!”), zaś z drugiej strony atakowały płynące zewsząd wezwania (w tym od TKK NSZZ) do bojkotu. Ostatecznie posłuchałem kiełkującej we mnie świadomości politycznej (a może tych bardziej radykalnych rówieśników?) i – ku rozpaczy rodziców – nie zostałem “elektoratem”. Teraz ten gest wydaje mi się raczej spontanicznym happeningiem niż deklaracją polityczną, ale przynajmniej mogę sobie go wpisać do CV.

Rok później było inaczej. Nosiłem już w nozdrzach zapach gazu, a na plecach parę śladów po pałce zdobytych podczas studenckich demonstracji w Poznaniu. Nic wielkiego, ale ustawia światopogląd. W czerwcu atmosfera była euforyczna – ulice tonęły w ulotkach i plakatach z Lechem Wałęsą ściskającym ręce prawilnych kandydatów, ukazały się też pierwsze numery niezależnej Gazety Wyborczej. Czuło się, że będzie rewolucja. Po letniej sesji (na UAM przeważnie kończyła się jeszcze w maju) pojechałem do domu, by oddać głos. W lokalu wyborczym natknąłem się na sąsiada, działacza Solidarności, który siedział w komisji. Wręczając mi karty do głosowania przymrużył oko i zapytał:

– Wiesz, jak głosować?

Siedzący obok członek komisji zaprotestował słabo:

– Panie N., ile razy mam panu mówić, że nie wolno agitować wyborców…

– Ale ja tylko pytam, czy kolega zna zasady głosowania – odparł niewinnie sąsiad ponownie do mnie mrugając.

Już nie pamiętam, czy to scena z pierwszej czy drugiej tury, ale tak było. Pamiętam za to, że jakoś na początku lipca oglądałem w TV relację z pierwszego posiedzenia nowo wybranego parlamentu przy akompaniamencie rodzicielskich ponurych proroctw w tonie: „Teraz to się dopiero zacznie”. Nie doczekałem jednak powołania rządu, bo… przecież były wakacje!

Dołączyłem do zaprzyjaźnionej grupy z klubu turystycznego, który zorganizował parotygodniowy wyjazd do Bułgarii: czekała nas najpierw wspinaczka w Rile, a potem odpoczynek nad Morzem Czarnym. Jak każdy senior wie, w owym czasie taki wyjazd oznaczał praktyczne zerwanie kontaktu z krajem, zatem nad Wisłą się kotłowało, a my w tym czasie zdobywaliśmy Musałę, a potem knajpy w Warnie. Z namiotem rozbitym na kempingu w Złotych Piaskach jest związana kolejna migawka wyborcza.

Od mieszkających obok rodaków pożyczyliśmy przywiezioną z Polski „Trybunę Ludu” sprzed kilku dni i – zanosząc się śmiechem – czytaliśmy na głos nagłówki wieszczące klęskę starego porządku, choć w mocno powściągliwym – jak na organ PZPR przystało – tonie. Pamiętam jeden z lidów: „Solidarność rozważa (ROZWAŻA!) pozostawienie kilku resortów w rękach partii”.

Gdy pod koniec sierpnia wróciliśmy do Polski, premierem nie był już Czesław Kiszczak, tylko Tadeusz Mazowiecki.

I – jak przewidzieli rodzice – „się zaczęło”.


Kategoria: Słodko-gorzkie