O latawcach


Mamy jesień, czyli – wiadomo – porę latawców. No to w przedszkolu Młodszej Młodej wymyślili Dzień Latawca i zapędzili rodziców do roboty. Zapowiedzieli, że oprócz konkursu na najładniejszy latawiec odbędą się także zawody w lataniu, a więc statki powietrzne powinny być nie tylko estetyczne, ale i wykonane zgodnie z zasadami aerodynamiki łamane przez awionikę.

Trochę się zdziwiłem temu ostatniemu wymogowi, bo z dzieciństwa pamiętam, że puszczanie latawców wymaga nieco większego wysiłku, niż jest w stanie wykrzesać z siebie statystyczny trzylatek, o koordynacji ruchów nie wspominając. Ponadto ta grupa wiekowa z zasady poza przedszkole się jeszcze nie wyprawia, a miejscowy plac zabaw ma wielkość wybiegu dla łasic, na dodatek jest gęsto zarośnięty wysokimi drzewami, między które powciskano urządzenia rozrywkowe dla pociech. No to jak wziąć rozbieg?! Ale może ta dzisiejsza młodzież jakaś taka bardziej sprytna?

Poza tym: Ciocia każe – tata musi. Pojechałem więc grzecznie do M1, by w budomarkecie kupić listewki, klej do drewna i szpagat, a w hipermarkecie – bibułę. Owszem, nawet znalazłem odpowiedni papier – gładki i różnokolorowy – jednak w małych kawałkach, więc nadawał się li tylko na ogon i stateczniki. Na poszycie zeppelina nabyłem więc gustowny czerwony papier pakowy w żółte słonie. Poszukiwania tych dupereli i stanie w kolejkach do kas zabrało mi głupie pół dnia z weekendu, więc pozostałe półtora mogłem śmiało przeznaczyć na prace konstrukcyjne.

Latawiec wyszedł jak ta lala i sprawiał nawet wrażenie, że – przy sprzyjającym zbiegu okoliczności – jest w stanie oderwać się od ziemi. W poniedziałek, w drodze do przedszkola wyrywaliśmy sobie z Młodszą Młodą konstrukcję, bo każde chciało wkroczyć do szatni w glorii Posiadacza. Ze słabo skrywaną dumą przekazaliśmy latawiec Cioci, podobnie jak dziesiątki innych rodziców, którzy z błyszczącymi oczami, ale i z pewną niechęcią oddawali swoje wypieszczone konstrukcje w obce ręce. Nurtował mnie jednak niepokój, jak konkurs – excusez le mot – puszczania zostanie logistycznie zorganizowany, postanowiłem więc podpytać o to Ciocię M.

– A gdzie będziecie puszczać te latawce? – zagadnąłem chytrze, niby mimochodem.

– No a jakże? Na podwórku – Ciocia M. zatrzepotała ze zdziwieniem rzęsami.

– Nooo… Ale tam jest dużo drzew… A do tego trzeba chyba trochę więcej przestrzeni… Żeby rozbieg wziąć… I wiatr złapać… – próbowałem tłumaczyć, jak komu dobremu.

– Może akurat zawieje! – zaszczebiotała optymistycznie Ciocia M., a ja skapitulowałem.

Cały dzień w pracy opędzałem się od natrętnej wizji zziajanej Cioci M., lawirującej między huśtawkami a piaskownicą, próbującej wypuścić mój latawiec w przestworza. Ba! Żeby tylko mój! Przecież ta wątła istota musiała wprawić w ruch dziesiątki takich – mniej lub bardziej udanych – konstrukcji! Gnany ciekawością nieco wcześniej niż zwykle zameldowałem się w przedszkolu po odbiór Młodej Młodszej. Ale relacjonowaniu przebiegu Dnia Latawca dziecko było czemuś niechętne. Zdybałem jednak Ciocię J.

– Jak tam latawce? – zapytałem niewinnie.

– A dziękuję, wszystko z nimi dobrze – odparła Ciocia J. nieco zdziwiona.

– No ale puszczaliście? Poleciały? – drążyłem.

– A niby gdzie mieliśmy puszczać? – oczy Cioci J. zrobiły się jeszcze bardziej okrągłe.

– No… na podwórku – odpowiedziałem niepewnie.

– Gdzie?! – prychnęła Ciocia J. – Przecież tam jest miejsca co kot napłakał! Jak pan by wziął tam rozbieg?!

– Ale Ciocia M. mówiła… – próbowałem się tłumaczyć.

– No i jak pan chciał wiatr złapać między tymi drzewami?! Ten konkurs był tylko na najładniejszy latawiec. Coś pan pewnie źle zrozumiał… – westchnęła ciężko Ciocia J. Ale widząc, że zmarkotniałem, dodała na pocieszenie: – Ale wasz latawiec był całkiem ładny. Nawet wyglądał, jakby naprawdę mógł latać.

Dopisek z maja 2012:

Wreszcie udało się przeprowadzić próbny start. Próba nie była do końca udana, ale podobno teren startu nie może być zbyt płaski, a ten widocznie był. Miejsce akcji: Podlasie.

Dopisek z lipca 2012:

Druga próba, plaża w litewskiej Pałandze. Latawiec (na chwilę, ale) oderwał się od ziemi! Moment był wystarczająco długi, by udało się go zatrzymać w kadrze, więc dowód jest. Ale sekundę potem statek powietrzny rąbnął z takim impetem w piach, że ostatecznie wylądował w koszu na śmieci. Prawdopodobnie – jak to nad Bałtykiem – wiatr był za silny, a piach zbyt twardy.


Otagowano: ,

Kategoria: Słodkie