O powracaniu


Zachęcony przez znajomych ponownie założyłem konto na Facebooku. Poprzedni profil skasowałem ponad rok temu, zniechęcony beznadziejnym i bezużytecznym chłamem wylewającym się zewsząd. Tydzień temu (czy ja się chwalę, że na trzeźwo?!) zarejestrowałem się ponownie, wierząc w rozmaite docierające do mnie zapewnienia, że teraz “jest inaczej”. No to I did it again i już po paru dniach… zatęskniłem za tamtym chłamem.

Okazało się, że w ciągu tych dwóch tygodni metodycznie usunąłem z obserwowanych profili… prawie wszystkie. A w każdym razie wszystkie te, których aktywność ograniczała się do wrzucania “śmisznych” filmików, “głymbokich” myśli lub nachalnego promowania własnego biznesu. Po takich porządkach mój wall praktycznie znieruchomiał. Nudę przerywa w zasadzie jedynie pojawianie się facebookowych reklam, a to trochę za mało, by chcieć tam zaglądać.

Refleksja innego rodzaju jest taka, że spośród “tamtego” zestawu znajomych znalazłem obecnie na FB jakąś 1/4, zatem nie tylko ja nie doceniam geniuszu Marka Zuckerberga et consortes. A z tą 1/4 i tak mam (lub łatwo mogę złapać) kontakt, więc też bez sensu.

Jakoś tak z rozpędu  (czy ja się chwalę, że na trzeźwo?!) skasowałem też (praktycznie martwe) konto na Twitterze.

Mimo tych działań dochodzę do przygnębiającego wniosku, że być tak całkiem offline już się po prostu nie da. Choć to zależy pewnie od punktu odniesienia – przeczytałem właśnie wywiad z Andrzejem Stasiukiem, który przyznaje, że wreszcie ma w swoim beskidzkim domu prąd. No i komórkę. Choć bez zasięgu.


Otagowano: , , ,

Kategoria: Słodko-gorzkie