O niepowodzianach


Będzie wspomnieniowa notka o powodzi. A dokładnie o niepowodzianach, czyli nieudacznikach karmiących się nieszczęściem, a czasem nawet od nieszczęścia uzależnionych.

Podczas powodzi stulecia A.D. 2010 niepowodzian można było zaobserwować codziennie nad Wisłą, gdzie przebywali w dużych stadach, ze szczególnym uwzględnieniem bulwarów i mostów. Taki Śląsko-Dąbrowski na przykład. Most zasłużony i centralnie zlokalizowany, ale na co dzień pieszego tam nie uświadczysz, bo po co tamtędy chodzić, skoro można – choćby zbiorkomem – most przejechać. Pieszy czy rowerowy desperat ucierpi i od spalin, i od hałasu. Noooo chyba, że mamy darmowe show, wtedy „nic monarchów nie odstrasza, do Betlejem śpieszą”.

Na miejscu będzie zastrzec, że doskonale rozumiem cechę pt. „zwykła ludzka ciekawość”. Gdy dzwoni numer zastrzeżony, odbieram, nawet jeśli nie chce mi się gadać. Gdy przychodzi reklamowa przesyłka bez nadawcy, otwieram. Gdy kiedyś usłyszałem pod balkonem strzały (zwykły dzień na Targówku…), natychmiast przykleiłem się do ściany, ale zaraz potem ostrożnie się odkleiłem i wyjrzałem przez okno. Ale nie zawisłem na pół dnia na parapecie! A niepowodzianie – owszem.

Od popołudnia do późnej nocy (a w weekendy przez cały boży dzień) na wspomnianym Śląsko-Dąbrowskim trwał regularny piknik. Ten wyludniony zazwyczaj obiekt hydrotechniczny pod względem liczby spacerowiczów bił na głowę Champs Elysees, Unter den Linden i Krupówki razem wzięte. Niepowodzianie robili sobie romantyczne zdjęcia na tle przybranej, burej i cuchnącej wody, ściskając podenerwowane yorki i puszki z ciepłym piwem. Podekscytowani właściciele aparatów nie odrywali oczu od wizjerów, święcie przekonani, że fotka znaku drogowego wystającego z wody zapewni im World Press Photo.

Kierowcy wjeżdżający na most natychmiast zwalniali, generując kilometrowe korki, nawet w środku nocy. Najwolniej jeździli ci w kabrioletach. Choć trzeba im przyznać, że czasem jechać szybciej się po prostu nie dało, a to za sprawą niepowodzian nie mieszczących się na chodnikach i wylewających się na jezdnię. Niepowodzian bardzo zdziwionych: „Skąd na Trasie W-Z wziął się nagle samochód?! Dlaczego na dodatek na nich trąbi?!” Było kwestią dni, by na Śląsko-Dąbrowskim pojawili się sprzedawcy balonów i waty cukrowej. Tuż obok zapłonęłyby pierwsze grille.

Dam sobie obciąć cokolwiek, że prawie wszyscy ci niepowodzianie kilka tygodni wcześniej stali pod Pałacem Prezydenckim, na trasie konduktu pogrzebowego z łapami w kieszeni i gumą w pysku. Stali, stali… i nagle wyskakiwali tuż przed maskę karawanu na środek ulicy, żeby zrobić zdjęcie („Patrz, k*wa, tu byłem, jak go wieźli”). A gdy mijała ich trumna na lawecie… Klękali? Żegnali się? Nieee, oni bili brawo.

Naonczas media chętnie kreowały tę zbiorową, bezrefleksyjną histerię jako ogólnonarodową potrzebę wspólnego przeżywania tragedii i łączenia się w bólu ze współobywatelami… Podobny pretekst dałoby się wykombinować i teraz. Dałoby się, gdyby nie fakt, że to kompletna bzdura. Jeśli ktoś przeżywa autentyczny dramat, to cierpi w samotności, ewentualnie w otoczeniu najbliższych, ale raczej nie idzie głosić swojego żalu urbi et orbi, a na pewno nie do TVN-u. A jeśli ktoś ma wewnętrzną potrzebę okazania czci, może zapalić świeczkę na cmentarzu, a nie w świetle fleszy na głównym stołecznym deptaku.

Dochodzę do wniosku, że uczestnicząc w nieszczęściu niepowodzianie zaspokajają trzy swoje podstawowe potrzeby:
– lans – bo jest okazja, by się zademonstrować zdumionemu światu,
– show – jeszcze fajniejsze, bo darmowe,
– wspomnienia – bo będzie czym zabłysnąć podczas spotkań towarzyskich… ileż można snuć emocjonujące wspomnienia z wojska czy wczasów w Turcji?!

Na szczęście każda fala opada, a most pustoszeje.


Otagowano: , ,

Kategoria: Gorzkie