O zimie


Prof. Doliński, wrocławski psycholog, pisze w Wyborczej:

„Od czasu do czasu zdarza mi się bywać na prywatnych przyjęciach. (…) Tematy dyżurne się jednak w końcu wyczerpują i pada pytanie: „A pan co właściwie robi, czym się pan zajmuje?” Gdy odpowiadam, że jestem psychologiem, pojawia się efekt, który nazywam atakiem ruskiej zimy. Rozmówca cofa się pół kroku, twarz ma nieco przerażoną. Gdy w końcu udaje mu się nieco ochłonąć, stwierdza: „To pewnie przez cały czas pan nas obserwuje i analizuje… I co pan o nas myśli?” Gdy odpowiadam, że nikogo nie analizuję, tylko po prostu rozmawiam, chyba nie jestem wiarygodny.”

Cóż… Wiem, o czym pan profesor mówi. Mam analogiczne doświadczenia, i to dwojakiego rodzaju.

Kiedyś nie miałem obiekcji, by na pytanie: „czym się pan zajmuje?” odpowiadać, że jestem dziennikarzem. Do czasu. Przestałem, gdy wspomniany „atak ruskiej zimy” zaczął mnie męczyć. A wyglądało to tak: w reakcji na wyznanie „jestem dziennikarzem” rozmówca też wyglądał na wstrząśniętego. Co ciekawe, pierwszą reakcją w tej sytuacji było zawsze stwierdzenie, czasem półżartem, a niekiedy pytająco: „To pewnie pan nas teraz nagrywa?”

Nie rozumiałem i tak naprawdę do dziś nie potrafię wyjaśnić, o co chodzi z tym nagrywaniem. Do tych „ataków ruskiej zimy” dochodziło na długo przed aferami z udziałem Rywina czy Oleksego, w których – jak pamiętamy – pierwsze skrzypce grał ukryty dyktafon. Ale skąd ta fobia już kilkadziesiąt lat wcześniej? Antycypacja, ani chybi… W  każdym razie teraz na pytanie: „czym się pan zajmuje?” wolę (też zgodnie z prawdą, ale neutralnie) odpowiadać: „pracuję w wydawnictwie”.

Innego rodzaju „atak ruskiej zimy” – w nieco bardziej dosłownej formie – doświadczam i dziś, gdy w towarzystwie napomknę, że władam rosyjskim. Noooo… Na wyprzódki zaczynają się wspomnienia z podstawówki, z lekcji rosyjskiego, wspomnienia zazwyczaj traumatyczne, za to bogato ilustrowane anegdotami i cytatami. Przy całej barwności tych opowieści obowiązuje żelazna zasada: im ktoś był z rosyjskiego gorszy, tym powód do chwały większy. Ci bardziej kreatywni próbują nawet podciągać swoje językowe porażki pod walkę z okupantem, bo przecież wiadomo, na czyje zamówienie i za czyje srebrniki te lekcje się odbywały…

To wszystko jestem w stanie przecierpieć, ale odpadam, gdy dochodzi do sytuacji ekstremalnej: ktoś przypomina sobie, że zna kilka słów po rosyjsku, ba! przy ich użyciu potrafi opowiedzieć nawet jakiś dowcip! I mniejsza z tym, że dowcip był „sucharem” już w tejże podstawówce 30 lat temu, problem w tym, że opowiadający naprawdę uważa, że potrafi go opowiedzieć zabawnie, i to w oryginale! Czasem nie ma dokąd uciec, więc z grymasem przypominającym uśmiech trwam dzielnie do końca tego lingwistycznego „ataku ruskiej zimy”.

A dziś podobno pierwszy dzień jesieni. A zima ma być mroźna.


Otagowano: , , ,

Kategoria: Gorzkie